niedziela, 20 września 2015

Danie Nawinie


Kiedy byłam mała, moja mama zawsze powtarzała, że nie wolno marnować jedzenia.  Mówiła, że wszystko można w kuchni wykorzystać, oczywiście pod warunkiem, ze jeszcze nie spleśniało, nie zgniło, skisło i tym podobne. Mam tę zasadę wbitą do głowy i wykorzystuję do maksimum to, co mi w lodówce zostaje.
Dlatego tez moja kuchnia pełna jest mniej lub bardziej udanych eksperymentów, na szczęście te smaczne, zdarzają się znacznie częściej ;)
Takie potrawy z resztek, w moim domu nazywały się "Danie nawinie". Czyli potrawa z tego, co nam się akurat pod rękę nawinie. Najsmaczniejsze zawsze były gotowane przez moja mamę Zupy Nawinie. Ponieważ było w nich troszkę tego i tamtego, dosmaczone tym i owym, były pełne smaku i aromatu ziół, bo w moim domu rodzinnym, zawsze w kuchni królowały pyszne zioła. 
Pyszne były też, pieczone w prodiżu, zapiekanki z warzyw, grzanki francuskie smażone z czerstwego już chleba i najsmaczniejsza na świecie jajecznica na ścinkach kiełbasy i szynki.
Niechęć do marnowania jedzenia została mi do dzisiaj. Dlatego kiedy ruszamy w podróż, zwykle na 2 dni przed wyjazdem nie robię już zakupów spożywczych, tylko kombinuję w kuchni, gotując obiady z tego, co mam pod ręką. 
Ostatnio jechaliśmy na Śląsk, do mojego rodzinnego miasta, mieliśmy tam spędzić około tygodnia. 
Jak zwykle więc zajrzałam do szafek kuchennych i do lodówki i oto co mi się na talerz nawinęło :)

- makaron spaghetti
- łyżka oliwy
- 4 pomidory malinowe
- pęczek zielonej pietruszki
- pestki z dyni
- kawałek sera gouda
- dwie małe marchewki
- trochę mięsa mielonego
- kawałek zielonej części pora 
- musztarda Dijon
- pół cytryny 
- sól
- pieprz

zrobiłam więc na obiad przed wyjazdem Spaghetti Nawinie :)

Makaron należy ugotować i przecedzić.
Mięso mielone wymieszać z solą, pieprzem, łyżką musztardy i wkropić trochę soku z cytryny. wymieszać i odstawić na bok
Marchewkę zetrzeć na tarce o małych oczkach
Pomidory sparzyć wrzątkiem i obrać ze skórki, posiekać, nie odlewać soku.
Natkę pietruszki posiekać.
Ser zetrzeć na tarce o średnich oczkach
Pestki z dyni uprażyć na suchej patelni.
Na patelni rozgrzać oliwę, por pokroić w paseczki, podsmażyć na patelni. Dodać marchewkę.  Dodać mięso, usmażyć. Kiedy mięso się zetnie, dodać 3/4 pokrojonych w kostkę pomidorów (koniecznie z sokiem). Dusić pod przykryciem przez ok 15 minut, aż się pomidory rozpadną. Jeśli to konieczne doprawić solą i pieprzem. Dodać posiekaną pietruszkę,  resztę pomidorów,  pestki z dyni, wymieszać. Do dużego garnka dać makaron, wymieszać go z sosem, przełożyć na talerze. Posypać startym serem.  
taki makaron jest naprawdę pyszny. 

Smacznego :)






poniedziałek, 14 września 2015

Samotnia

Marzy mi się Samotnia. Kącik jakiś niewielki, może być naprawdę malutki, gdzie będę tylko ja, wygodny fotel, stolik z lampką i cisza. I moje myśli. Gdzie nikt nie będzie wołał: "mamaaaa!", "Kochanie... a gdzie jest..." itp.
W moim domu, nie ma gdzie się schować. Próbowałam w sypialni. Z ksiażką się zaszyje, pomyślałam, położyłam Truskaludka spać, wzięłam książkę, usiadłam, czytać zaczęłam...  Młoda sie po 15 minutach obudziła.
Próbowałam w łazience. SPA sobie zrobię domowe, pomyślałam.
Wanna z pachnąca pianą, książka do czytania, maseczka na buzię, poleżę, odprężę się, no cudnie będzie.
Zapowiedziałam rodzinie, że sobie idę i że mnie nie ma. Przez godzinę. No, co najmniej.
Zajmijcie się sobą, tak im powiedziałam.
Zajęli się owszem. Przez 15 minut. Po kwadransie, usłyszałam subtelne walenie piąstkami w drzwi i nawoływania "mama, mama, mama, mama"
Zanim powiedziałam cokolwiek, drzwi się otworzyły, a zza ich framugi zajrzały do łazienki dwie głowy. Jedna nisko, druga wyżej. Obie radosne jak skowronki na wiosnę.
Za głowami weszła reszta uśmiechniętej rodzinki i to by było na tyle, jeśli o mój relaks chodzi.
Córka od razu zajęła się rozprowadzaniem pachnącej piany po całej łazience, a mąż poczuł nieodpartą potrzebę opowiedzenia mi wrażeń z pracy.
I tak resztę mojej godziny, tej co to miała być tylko moja, posiedzieli razem ze mną w moim SPA.
Widać im tez było potrzebne ;)
Chociaż maseczki na twarz nie chcieli ;)
I o ile ja mam problem ze znalezieniem miejsca i chwili dla siebie, o tyle Tosia świetnie sobie z tym radzi.
Dostała od chrzestnych namiocik. Namiocik stoi sobie w salonie, Ma w środku i kocyk i poduchy, no pełen komfort. Młoda ten namiocik uwielbia. Znosi do środka ukochane misie, klocki i kawałki tego wszystkiego, co akurat dostała na podwieczorek. Z atrakcji żywieniowej korzysta najbardziej kot. Zwykle koczuje w pobliżu namiotu, bo a nóż się trafi jakiś kotlecik? Albo szyneczka? Nigdy nic ne wiadomo.
A Truskaludek w namiociku relaksuje się aż miło.
Aż jej czasami zazdroszczę.






niedziela, 13 września 2015

Festiwal Otwarte Ogrody cz. 2

Niedziela powitała nas silnym wiatrem i znacznie niższą temperaturą niż dzień wcześniej.
Nie zrażeni coraz większym  zachmurzeniem, ruszyliśmy po obiedzie do Parku Zdrojowego. Dziś w planie mieliśmy wysłuchanie koncertu, Gali Operowo - Musicalowej Orkiestry La Strada. Koncert prowadził Maciej Miecznikowski, śpiewali wspaniale pani Justyna Reczeniedi i pan Adam Kruszewski.
Koncert był piękny, wzruszający,  pozostawił wspaniałe wrażenia na długo. Niestety nie mogliśmy zostać do końca, ulewa nas wygoniła z Amfiteatru. Ale udało nam się wysłuchać i próby przed koncertem i większości koncertu.
A najbardziej zasłuchana była Tosia. Widocznie Mozart skutecznie uwodzi Truskaludki ;)









czwartek, 10 września 2015

Festiwal Otwarte Ogrody cz. 1

Od 8 lat odbywa się w Konstancinie Festiwal Otwarte Ogrody. Jest to świetna okazja od poznania Konstancina, zwiedzenia zabytkowych willi, poznania miejscowych artystów, wysłuchania ciekawych opowieści, spróbowania regionalnych przysmaków, wzięcia udziału w ciekawych warsztatach. Festiwalowi co roku towarzyszą wystawy, wernisaże i koncerty. W tym roku można było nawet wziąć udział w miodobraniu, na które zapraszali mieszkańców właściciele "Tęczowej Pasieki", amatorzy fotografii mogli doskonalić swoje umiejętności na warsztatach fotograficznych, osoby ciekawe historii Konstancina miały okazję wziąć udział w wycieczce z przewodnikiem, w Pałacu w Oborach odbył się kiermasz rękodzieła artystycznego, spacer po Pałacu i pokaz zaganiania kóz przez psy pasterskie.
W tak najeżony atrakcjami weekend nie mogło zabraknac i naszej rodzinki :)
Mała Tosia i jej rodzice mieli więc okazję, obejrzeć piękne obrazy, miniatury budynków, wystawę fotografii, wysłuchać bardzo ciekawych prelekcji o życiu Stefana Żeromskiego.
Pod koniec dnia, Tosia uczestniczyła w zabawie dla dzieci, szalała w tańcu, biła brawo i bardzo dobrze się bawiła.

Zwiedziliśmy dom Stefana Żeromskiego, gdzie wysłuchaliśmy bardzo ciekawych opowieści pana prof. Jerzego Snopka i pani prof. Anny Kowalczykowej









Obejrzeliśmy kilka wystaw :




Bardzo podobała nam się wystawa miniatur:




A Tosia szalała tanecznie przy piosence "Hey Baby (if You'd be my girl)" ;)



sobota była więc, piekna, słoneczna, ciepła i bardzo, bardzo udana :)))


a największa atrakcja czekała na nas w niedzielę.

c.d.n :)

wtorek, 8 września 2015

Czekoladowo - słodki czar wspomnień

Obiecałam sobie, że od czasu do czasu, do Starej Makatki wrócę. 
Jesień przyszła, a ja jesien bardzo lubię. A żeby się nie powtarzać, okazję do wpisu retro mogę wykorzystać.
I przepisem na pyszne ciacho, ja osłodzić :)

27 wrzesnia 2010 Makatka przy kominku (onet)

„Z tej drogi, którą przeszło za wiosną swoją lato -
już nie patrz na swą, przeszłość, na przyszłość spojrzyj za to.
Ze wzrokiem na zakręcie, za którym jest już jesień,
wciąż czekaj nieugięcie, aż ona ci przyniesie…” *

Jesień.
Moja ulubiona pora roku. Kolorowa, pachnąca cynamonem, jabłkami i śliwkami i bardzo, moim zdaniem romantyczna. Na ogół z romantyzmem kojarzy się ludziom wiosna i maj, dla mnie, najpiękniejsza jest właśnie jesień., z jej rudościami, kasztanami i babim latem we wrześniu i październiku.
Jesień, każdego roku, budzi we mnie wspomnienia wypraw do parku po kasztany, żołędzie i kolorowe liście, pracowite nabijanie potem w te skarby zapałek i rzędy wesołych ludków poustawianych na półkach w pokoju. Ludków, z których każdy miał imię i własną osobowość i historię, którymi obdarzała je bujna wyobraźnia wrażliwego dziecka, jakim byłam.
Potem jesień we wspomnieniach nabiera soczystego zapachu i koloru dojrzałych pomidorów, kręconych wieczorami maszynką do mięsa, bo Mama robiła przeciery, zapachem jabłek z cynamonem i śliwek kiedy w sobotnie popołudnia w kuchni bulgotały powolutku w garnku, by za chwilę zamienić się w najpyszniejsze dżemy i powidła.
Ma każda jesień smak szarlotki i świeżych orzechów zbieranych u Dziadka w ogrodzie, ma bury kolor ubrudzonych od orzechowych skórek palców. Do dziś uważam, ze najsmaczniejsze są właśnie te najwcześniejsze, „mokre” jeszcze orzechy włoskie, zerwane prosto z drzewa.
Jesień to też wspomnienia pierwszych tygodni w szkole, jeszcze pełnych energii i letniego podekscytowania, zamieniających się powoli w codzienną rutynę, to wspomnienie ostatnich lekkich promieni słonecznych i ostatnich popołudni spędzanych na podwórku, zapach nowych podręczników, temperowanie nowych kredek i wszystko to, co sprawia, że kilkulatek cieszy się z pójścia do szkoły.
Potem wspomnienia się zmieniają, w bardziej świadome przeżywanie jesieni, to  Dzień Wszystkich Świętych, spędzany zawsze w tym samym miejscu, w odwiedzinach u tych, którzy odeszli, z wieczorną wyprawą na cmentarz by podziwiać światełka, i jeszcze przez chwilę chłonąć spokojną atmosferę tego dnia.
To wróżby Andrzejkowe, lanie wosku, spotkania z przyjaciółmi, to wyciąganie z szafy, zapomnianych przez wiosenno – letnie miesiące czapek i szalików, to otrzepywanie płaszcza i czyszczenie butów. To wcześniejsze zachody słońca i wcześniejsze włączanie lampki w pokoju, to powrót do picia herbaty i częstsze pieczenie ciasta.
I wreszcie jesień, to słota i deszcze, to zimny wiejący prosto w oczy wiatr, szybkie biegnięcie z przystanku do domu, to otrzepywanie zmokniętego parasola, a na  koniec, zawinięcie się w koc, z kubkiem herbaty i książką pod ręką.

Dla mnie jesień to najmilsza pora roku. Taką ją lubię, ze wszystkimi jej barwami.
I oto właśnie nadeszła. :)

* „Jesienna Dziewczyna” Jeremi Przybora


a na jesienne wieczory, fajnie jest upiec sobie:

Pyszne i lekko kokosowe ciasto czekoladowe:


Składniki:
- kostka margaryny do pieczenia
- 4 jajka
- 1,5 szklanki mąki pszennej
- 1 szklanka cukru
- mały kieliszek rumu
- 2 łyżki miodu ( opcjonalnie)
- 6 łyżek kakao
- 6 łyżek mleka
- pół opakowania wiórków kokosowych
- cukier puder
- szczypta chilli
- 2 łyżki proszku do pieczenia
-2 czekolady gorzkie

Margarynę rozpuszczamy w rondelku, lekko ją podgrzewając na małym ogniu, dodajemy cukier i kakao, mieszamy.
Dodajemy mleko i nadal mieszając podgrzewamy aż zacznie wrzeć. Chwilkę pozwalamy się pogotować i zabieramy z ognia, odstawiając na bok do wystygnięcia.
Do miski wsypujemy mąkę, proszek do pieczenia, wiórki kokosowe, mieszamy, dodajemy miód i rum.
Oddzielamy żółtka od białek, żółtka dodajemy do ciasta, mieszamy.
Dodajemy przestygniętą masę z rondelka, dokładnie mieszamy, do czasu gdy nie będzie grudek. Jedną z czekolad kruszymy na bardzo małe kawałeczki, dodajemy pokruszoną do ciasta.
Z białek ubijamy pianę na bardzo sztywno, dodajemy ją do ciasta i delikatnie mieszamy, aż się ładnie połączą.
Na wysmarowana tłuszczem blachę wysypujemy bułkę tartą, na to wlewamy ciasto. Pieczemy ok 45 minut w piekarniku nagrzanym do 180 – 200 st.
W kąpieli wodnej rozpuszczamy drugą kostkę czekolady, dodając do niej śmietankę, i bardzo energicznie mieszając powoli podgrzewamy, do czasu gdy się czekolada ze śmietana ładnie połączy.
Na górce, wyjęte z piekarnika ciasto wylewamy polewę czekoladową, delikatnie rozprowadzamy czekoladę po całym cieście. Kiedy trochę przestygnie posypujemy cukrem pudrem.

Smacznego :)

poniedziałek, 7 września 2015


Początek września aż się prosi o małe podsumowanie. Podsumowanie minionego lata.
A tegoroczne lato było nie tylko gorące, ale i pełne wycieczek, zabawy i psot.
Wakacje zaczęły się dla nas od przyjazdu Starszego Brata. Bardzo szczęśliwa Tosia miała wreszcie towarzystwo od rana do wieczora, a Starszy Brat, wykazując się anielską wprost cierpliwością, uczył Trukaludka budować twierdzę z klocków, uczył jak być rycerzem i walczyć ze złem. Opowiadał jej bajki i nauczył jak dawać "patkę" i "żółwika"  i jeszcze paru innych rzeczy, które są każdemu Maluchowi niezbędne.
Razem odwiedzili między innymi Farmę Iluzji i Stadion Narodowy.






A to był dopiero wstęp do najfajniejszych wakacji. Po wizycie Starszego Brata bowiem, pojechałyśmy do Babci.
Większość z nas swoje najlepsze wakacyjne wspomnienia wiąże właśnie z wizytami u Babć
i Dziadków. Zwykle można się tam cieszyć największą swobodą, i wcielać w życie najdziksze
i najfajniejsze pomysły, jakie tylko dzieciom przychodzą do głowy.
W tym przypadku wcale nie było inaczej.
Tosia w towarzystwie Starszego Brata - Kacpra, Oraz Starszego Brata - Mateusza, przez bite dwa tygodnie szalała w ogrodzie, skacząc na trampolinie, budując wulkany w piaskownicy, goniąc kury, polując na Dementorów, prowadząc Wojnę z Żukami, wyposażając Zbrojownię, ukrytą w cieniu babcinych orzechów, oraz budując twierdzę i bazę wypadową.
Notorycznie wypuszczali nielegalnie kury do ogrodu, gwizdnęli  garnek z kompotem wiśniowym
i nasypali do niego ziemi, Tosia znosiła mi pod nogi wszelkie owady, któregoś dnia wrzuciła do wanny  wielkiego włochatego pająka. biedak jeszcze dychał. Taki prezent dla mamusi ;)
Umyli cioci szyby twardą szczotką ryżową, zabrali psu miskę z wodą i "gotowali w niej błotną zupę", wykopywali dołki w trawniku i wlewali do nich wodę, a wszystkie narzędzia ogrodnicze babci, znalazły swoje miejsce w ich "bazie". Co w praktyce oznaczało, że nigdzie nie można było ich znaleźć ;)
Psota goniła psotę, a Starsi Bracia zadbali o to, by sporo od nich młodsza kuzynka, dotrzymywała im kroku.
Oni się świetnie bawili, a Truskaludkowa Mama i Babcia, po dwóch tygodniach ze Straszną Trójcą marzyły o chociaż kilku dniach świętego spokoju ;)
Cóż, na tym właśnie polega dzieciństwo. Pozwalamy więc dzieciom by puściły wodze wyobraźni
i wykorzystały lato do ostatniej sekundy. Wszystko po to, by kiedyś miały co wspominać.








A każdy weekend spędzała Tosia ze swoim Tatusiem


Bo jak wiadomo - tylko Tata zna największe tajemnice Świata :))

piątek, 4 września 2015

Potrzeba matką wynalazku

Od rana pada deszcz. Pada, jest zimno i ponuro. Siedzimy więc z Truskaludkiem w domu, ja sprzątam, a Młoda dzielnie pomaga. Co ja wytrę, ona upaprze, co poukładam, ona rozrzuci. Nieco nam się wizje czystego, uporządkowanego domu rozjechały. Ja lubię by było poskładane
i pochowane, Tosia zdecydowanie woli artystyczny nieład.
Wstawiając obiad uświadomiłam sobie też, że nie mam nic na podwieczorek. A podwieczorek musi być! Dzień bez słodkiej przyjemności, jest dla mojej córki i męża, dniem straconym.
Nie mam ani ulubionego serka Tosi, ani galaretki, budyniu, ostatnie owoce pokroiłam Tosi na drugie śniadanie. Przeszukałam szafki, wyjęłam wszystko co mogło by się z podwieczorkiem skojarzyć. Stałam w kuchni przed zastawionym różnościami blatem i wymyśliłam ciasteczka owsiane. Ponieważ będzie w nich wszystkiego po prochu, nazwałam je ciasteczkami miszmasz ;)

A, jako że wyszły przepyszne i nie za słodkie, podzielę się z Wami przepisem.
Mi smakują takie mało słodkie, z wyczuwalna nutka sezamu, ale zachęcam do eksperymentowania
i dodawania innych bakalii, orzechów, co tylko podsunie fantazja :)
Z eksperymentów w kuchni wychodzą czasem fenomenalne pyszności :)




Ciasteczka Miszmasz 

- szklanka płatków owsianych (ja mam górskie)
- 4 łyżki mleka mleka
- 50 g masła
- szklanka mąki
- 1 jajko
- łyżeczka proszku do pieczenia
- 3 łyżki miodu
- 2 łyżki domowego cukru waniliowego
- garść sezamu białego
- garść sezamu czarnego
- garść pokruszonych płatków migdałowych
- garść rodzynek
- garść wiórków kokosowych
- 2 gruszki

Do miski wsypać płatki owsiane, mąkę, cukier, proszek do pieczenia, cukier waniliowy, wiórki kokosowe i płatki migdałowe. Wymieszać.
Sezam podprażyć na patelni, dodać do miski, wymieszać. Rodzynki i gruszki posiekać, dodać do pozostałych składników. Masło roztopić w rondelku, lekko przestudzić. Mleko podgrzać i ciepłe wlać do reszty składników, wymieszać. Dodac jajko, wymieszać. Powoli dodać masło. Wymieszać.
Odstawić na chwilę by płatki nasiąkły. 
Blachę wysmarować masłem, podsypać mąką zmieszaną z bułką tartą. (oczywiście można wyłożyć papierem do pieczenia, mi się akurat skończył)
Ciasto nakładac łyżka do lodów, zachowując między ciastkami odstęp, bo troszeczkę urosną.
Piec w temperaturze 180 stopni, około 25-30 minut.

wystudzić i podać w mlekiem lub kawą, lub innym ulubionym napojem :)

Smacznego :)




wtorek, 1 września 2015

Jak pech , to pech

Czasami nadchodzi taki dzień, kiedy lepiej wcale nie wstawać z łóżka. Bo wszystko za co się biorę, od samego rana, mi nie wychodzi. Zupełnie jakby ktoś, gdzieś tam, zaklinał los laleczką woodoo ;)
Taki właśnie dzień trafił mi się wczoraj i niestety trwa do dzisiaj.
Zaczęło się już rano, kiedy to nie dokręciłam butelki z wodą, podałam ją Tuskaludkowi i wszystko pięknie wylałam na jej buzię, poduszkę i materac. Ale nic to, przecież mamy upalne lato, za oknem jakieś milion stopni, w butelce była sama woda. Wyschnie raz dwa.
Na placu zabaw córka przyłożyła mi patykiem w oko. Nic to, nie takim urazom daję radę odkąd Truskaludek odkryła chodzenie.
Gotując obiad przypaliłam makaron. Nic to, ugotowałam kolejną porcję, garnek jakoś się doszoruje. Kiedyś.

Popołudniu chcieliśmy się z mężem ochłodzić, w lodówce miałam zrobiony dzień wcześniej napój
z arbuza, z malinami. Pychota. Wyjęłam więc dzbanek z lodówki, a ponieważ napój ze świeżych owoców był, to się wiadomo - rozwarstwił. Wzięłam łyżkę, chciałam zamieszać i trrrrach - dzbanek pękł mi w dłoni. Wylało się wszystko na mnie, na szafki w kuchni i na podłogę. Nic to, grunt, że spodnie miałam na sobie czarne. Białe by raczej spotkania z malinami nie przeżyły. Przy kuchennych szafkach, już trudniej mi powiedzieć "nic to" jako, że szafki są białe i dopiero co je szorowałam (dziecko jadło buraczki).
Sprzątając  z podłogi, weszłam gołą stopą na kawałek szkła i przecięłam sobie stopę na całej długości dużego palca. Nic to, poboli i przestanie.
Na kolację miały być naleśniki, wbiłam sobie do ciasta zepsute jajo. Wspomnienie smrodu pokutowało mi w nosie przez dobre dwie godziny. Nic to, powąchałam dziecko, dałam radę ;)

Kiedy więc przyszła pora położyć sie spać, z ulga odetchnęłam, że ten dzień się wreszcie skończył
i nadchodzi kolejny, który na pewno już będzie super.
Nie był.
Podczas wizyty u weterynarza, Młoda wsadziła obie ręce do wiadra z brudną wodą i mopem
i rozpryskała to po ścianie. Nic to, Młodą skarciłam, naszą weterynarz przeprosiłam.
Przypaliłam marchewkę z obiadu i przesoliłam zupę. Nic to, zjadłam połowę, resztę wyrzuciłam. Młoda dostała coś innego.
Przelałam sos z pieczeni do miseczki. Wyjmując go z lodówki, zrobiłam to tak zamaszyście,
że wylałam 3/4 na kuchenne szafki, te same, które wczoraj starannie czyściłam po soku
malinowo - arbuzowym.
Sos wylądował także na mnie. Na spodniach, bluzce i we włosach.
NIC TO.
Jutro nie wstaję.
Bunt.


Tata i Małolata

Podręczny Słownik Wyrazów Obcych::
Mla - smoczek
aa-a-aaa - idę spać.


W rodzinie trwa obecnie "Wojna o Mla". Smoczek, od zawsze jest dla Truskaludka dostępny jedynie w opcji "do spania". Do niedawna Tosia akceptowała ten stan rzeczy, ale jakiś czas temu, postanowiła, że to ona decyduje kiedy smoczka ciumka. Podjęła więc decyzję, że ciumkać będzie od rana do nocy i wydała o to wojnę paskudnym rodzicom, którzy pozwalają na ukochanego Mla tylko w łóżeczku, do snu i na czas popołudniowej drzemki.
Wrzaski nam urządza, tupanie nogami, drapanie i gryzienie nas po nogach. Na razie jesteśmy nieugięci.
Niewdano, podczas wizyty u Dziadków, Truskaludek i Truskaludkowy Tata , rozegrali w tej wojnie małą bitwę.
Ok godziny 10 rano, w trakcie zabawy, Tosia zażądała od Taty smoczka.

Tosia: Mla?
Tata:  Nie.
Tosia: MLAAAAAA!! (tonem nie znoszącym sprzeciwu)
Tata: Nie ma mowy, mla jest tylko do spania.
Tosia: (po chwili zastanowienia): aa-a-aaaa!
Tata: chcesz spać?
Tosia: aa-a-aaa!
Tata: Nie ma sprawy, wskakuj do łóżeczka.

(Łóżeczko turystyczne Truskaludka, ma otwarte wejście, by Młoda mogła sobie wchodzić kiedy chce.)
Poszli do pokoju, Tosia weszła do łóżeczka. Leży, patrzy na tatę, wyciąga rączkę i ...

Tosia: MLA!!!!!

Tata smoczka podał. Młoda leży zadowolona i wygląda na to, że będzie zasypiać.
Tata wyszedł z pokoju.
Ja siedziałam w tym samym pokoju i czytałam książkę. Po cichu obserwowałam sobie co robi moja córka. A ta, najpierw odczekała chwilkę, potem przeszła na czworakach do wyjścia z łóżeczka, ostrożnie wystawiła głowę i sprawdziła czy Tata już poszedł i nie patrzy.

Kiedy przekonała się, ze Taty nie ma w pobliżu, po cichutku wyszła z łóżeczka i zaczęła się skradać do wyjścia z pokoju.
Stanęła w progu, wychyliła sie odrobinę i sprawdziła czy w pobliżu nie ma taty.
Rozbawiła mnie tym prawie do łez, ale dałam radę, po cichu zawołałam męża.

Wyszedł z salonu i w połowie drogi, w przedpokoju spotkał swoją córkę, chowającą się za przejściem i radośnie ciukającą smoczek.

Tata: no i co Ty tu robisz hę?
Tosia popatrzyła na niego chwilę, zastanowiła się, uśmiechnęła i zwołała:
-aa-a-aaa!
i powędrowała z powrotem do łóżeczka. Wołając po drodze:
-aa-a-aaa, Mla!
Tym razem tata już nie dał się przechytrzyć, położył córkę i zamknął wyjście z łóżeczka
Mina Młodej kiedy zorientowała się, że naprawdę czeka ją drzemka, była genialna.
Chyba tę bitwę wygrał jednak Tata
;)