Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzinnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzinnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 lutego 2016

Kwadrans

Są dni takie jak dziś. Kiedy nic się nie udaje, plany zmieniają się w ostatniej chwili, a dziecko postanawia pokazać te swoją głośniejszą stronę.  Dziś zdecydowanie był taki dzień.
Gotując owsiankę na śniadanie dla Tosi, przypaliłam garnek. Garnek, nie samą owsiankę, bo kiedy przełożyłam jej porcję do miseczki, odstawiłam rondelek z resztkami śniadania na nie wyłączony palnik.
Sobie raczyłam przesolić jajecznicę.
W południe piekłam ciastka. Siekając czekoladę wbiłam sobie czubek noża w palec.
Nie zauważyłam skradającej się pod stołem kuchennym Tosi, co zaowocowało sprzątaniem z dywanu rozsypanej mąki.
10 minut później, dałam Młodej kubek soku z pomarańczy, który 2 minuty później, ścierałam ze stołu w salonie, wylewałam z zabawkowych filiżanek i wykręcałam z tosiowej bluzeczki. Misiowi sok podobno bardzo smakował ;)
Ledwie zdążyłam posprzątać po Podwieczorku dla Misia, okazało się,  przebrana własnie w czystą bluzeczkę moja córka, już zdążyła gwizdnąć mi ze stolnicy spory kawałek czekolady i rozsmarowała go dokładnie. Nie tylko po swojej buzi.
W każdym razie dowiedziałam się, że czekolada jest "MIAAAM MNIAM!", co nie powiem, uspokoiło mnie, bo co to by były za ciastka z jakąś tam niedobrą czekoladą? ;)
Jakiś czas później, połowa ryżu z obiadu wylądowała  na Tosi, jej krzesełku i wszędzie w okolicy. Moja córka bowiem, przeżywa właśnie fascynację dmuchaniem i pluciem. Szał ciał i uprzęży, obiady są pełne atrakcji. Gdy się zaś trafia obiad mocno mięsny, najszczęśliwszy w domu jest kot.
Niestety dobry humor Truskaludka skończył się zaraz po podwieczorku. A konkretnie po odmowie podania 2 ciasteczka. Zaczęło się tupanie, krzyki, rzucanie zabawkami i szczypanie mamy w kolana.
Kiedy okazało się, ze ta taktyka nie działa, Tosia postanowiła sama sobie słodycz dostarczyć. Chwila nieuwagi i krzesło zostało dostawione do komody, gdzie stało pudełko z ciastkami. Ukradziono 3 sztuki. Połowa z nich znalazła się w postaci drobno pokruszonej na dywanie, kanapie i pod kaloryferem.
Nic to, wyciągnęłam odkurzacz, posprzątałam.
Niestety uległam potem prośbom i błaganiom i dałam córce jabłko.
Nic to, wyciągnęłam odkurzacz, posprzątałam.
Zaćmienie umysłu kazało mi ponownie ulec prośbom i dać córce banana....
Nic to, wyciągnęłam szczotkę, ścierkę i posprzątałam.
Proszę się więc nie dziwić, ze kiedy tylko Truskaludkowy Tata pojawił się wieczorem w domu, dałam Tosi buziaka i poszłam sobie do łazienki. Do wanny. Odprężyć się.
Ciepła woda, pachnąca piana.  Przymknęłam oczy i delektowałam się relaksem.
Oto ja, leżę sobie na leżaku, jest mi ciepło, morze szumi w oddali, nic nie muszę i nikt niczego ode mnie nie chce.....

- MAAAMAAA!!

... nie ma mnie. nie ma mnie... nie ma mnie...

- MAMA!!!!!

.. jestem na plaży, jestem daleko...

- MAAAMAAAAA!!!!

buch! bam!, łup! tego walenia w drzwi nie dało się już zignorować.
otworzyłam oczy, wstałam, spojrzałam na zegarek.
15 minut. dostałam dziś 15 minut relaksu.
Zawsze to coś, prawda?





poniedziałek, 15 lutego 2016

Taka miłość w sam raz :)

" /.../
Niosła tyle radości co smutku
I wszystkiego w niej było w sam raz
Tyle ile potrzeba słodyczy
Przy czym wcale nie było jej brak
Krzty goryczy, co jakby nie liczyć
Nadawało wytworny jej smak 

/.../
Była taka dokładnie jak trzeba
Miała zalet tak wiele jak wad
Tyle piekła w niej było co nieba
Taka miłość w sam raz, akurat  

/.../ "

Michał Bajor „Taka miłość w sam raz” sł. A. Ozga, muz. P. Rubik
 

Od lat ta piosenka towarzyszy nam 14 lutego. wiele osób imienin Świętego Walentego obchodzić nie lubi. Prawdą jest, że Walentynki są bardzo komercyjne, bardziej chyba niż Boże Narodzenie, wiele osób to zniechęca. 
A ja uważam, że to miłe święto. Jasne, ze o najbliższej osobie powinno się pamiętać codziennie i codziennie okazywać miłość. I nie mam wątpliwości, że tak w kochających się związkach jest. Bo miłość przejawia się przecież w drobnych codziennych sprawach.
A to ona zrobi mu herbaty, gdy do późna ślęczy nad projektem. A to on, przyniesie jej wieczorem koc i okryje stopy.
Miłość kryje się w obmyślaniu obiadu by był taki jak on lubi. Miłość kryje się w nadłożeniu drogi do domu, by pojechać po zamówioną przez nią książkę, by nie musiała tłuc się komunikacja miejską następnego dnia. 
Miłość to też prezent wręczony 14 lutego, całkowicie niespodziewany.  


Wymarzona książka o kuchni roślinnej. Wegańskiej. Wręczona przez zdeklarowanego mięsożercę. Kogoś, kto wie, że od tej pory, jego obiady sie zmienią. :)
Miłość to Mama, która nie ma nic przeciwko dziecięcemu odkrywaniu świata w parku na kolanach. Nie mająca nic przeciwko ubłoconym spodniom. 
Miłość to Tata, który poświęci swoje pierwsze od wielu tygodni wolne przedpołudnie, na oglądanie z córką jej ulubionej bajki.  
Miłość to córeczka, która każdego popołudnia, porzuci zabawę, bez względu na to jak atrakcyjną by nie była, bo Tata wraca z pracy. To córeczka biegnąca co sił w nogach do drzwi w przedpokoju, by Tatę od progu ucałować na powitanie.

Każdemu z Was życzę takiej miłości.  
Dającej radość, czułość i poczucie bezpieczeństwa.  

A poniżej Truskaludkowy przepis na udane Walentynki :)

1. Filmowy seans z Tata i Mamą ( "Masza i Niedźwiedź" to najlepszy wybór ;) )
2. Gofry w parku. Niezbędne będzie gromkie ogłoszenie już w kolejce, że czekamy na "MNIAM MNIAM!!." Bez tego zakup się nie liczy ;) )
3. Nakarmienie Taty resztka gofra. Może być wcześniej wyciumkany.
4. Bieg na przełaj przez park. Niezbędnym narzędziem towarzyszącym będą patyki.
5. zabawa z Mamą w "A ku ku" naokoło drzewa. Należy zaliczyć jak najwięcej BAM!
6. Przytulenie do Taty da mu wyraźnie do zrozumienia, że już mamy dość. Należy pamiętać by nie przyznawać się wprost, aluzje wystarczą. (Krzyki, jęki i gromkie PAPAAAA wygłoszone do obcej pani, doskonale spełnią tę rolę)

:)

1.

 
 2.



3.


 4 i 5


  
 6.


środa, 10 lutego 2016

Ona i On, czyli retro rozmowy wieczorową porą :)

31 stycznia 2009

Wodza

-Kochanie wiesz, najbardziej z książek Pratchett'a lubię te z Wiedźmami. No mniam po prostu…

-Tak? A ciekawe dlaczego?

-Bo wiesz, tam kobiety są zdecydowanie mądrzejsze. Jak w życiu.

-Aha.

-I jeszcze taka fajna instytucja Wodzy. Wiesz u Ciutludzi, Fik Mik Figli, znaczy. Klan mini-facetów, zabijaków pijaczków i wogule, wiesz typowych chłopów, a rządzi nimi babeczka. I oni się jej słuchają, bo ona najmądrzejsza jest. Samo życie mówię ci.

- Czyje niby?

- Wszystkich. I wiesz co?

- Co?

- Ja też jestem Wodza. Mały mam klan, na razie tylko Ty i Miaucyc, ale jestem Wodza i tu rządzę.

- ….

- No. ja wiem, że ciężko się z tym pogodzić, ale wiesz, musisz.

- To chodź tutaj… Od dziś będę trzymał ręce na Wodzy….

;)


środa, 20 stycznia 2016

Zima przyszła

Obiecana lista kiepskich książek 2015 pisze się. Powoli się pisze niestety, bo w przerwach między bitwami z nagle zbuntowanym Truskaludkiem, ale się pojawi. Tymczasem proponuję kilka zdjęć z weekendowego szaleństwa :) I kilka słów do tego, bo chyba się wreszcie zdenerwowałam na tyle, żeby to skomentować.

Spotykam się z pytaniami dlaczego pozwalam córce tarzać się w śniegu, zimą zjeżdżać na zjeżdżalni, huśtać się na huśtawce, wspinać się gdzie tylko chce. Zwraca mi się uwagę, że rękawiczka jej spadła, ze nosek ma czerwony, że spodnie się podwinęły. Że na pewno będzie chora, że zaraz upadnie, potknie się, że ciężko się jej w tym śniegu idzie, że: "co z pani za matka, ona ma śnieg na buzi!! "
Cóż, nie zamierzam zmieniać swojego postępowania. Ja uważam, że dzieciństwo jest od tego by sie nim cieszyć, by poznawać świat i uczyć sie go metodą prób i błędów. Rodzic jest od tego, by dopilnować, by kombinezon, spodnie, kurtka były nieprzemakalne. By buty były ciepłe. By buzię i rączki posmarować zimowym kremem. I by po powrocie do domu, dać sie napić ciepłej herbatki, mleka lub kakao. 
I co najważniejsze. Rodzic jest od tego, jego dziecko, w ramach granic bezpieczeństwa, korzystało z życia ile się da. 
Jeśli to nas czyni kiepskimi rodzicami, to trudno.
I tego się będziemy trzymać. :)
 
A jako, że zawitała do nas najprawdziwsza zima, w całej swej chłodnej urodzie, grzechem by było z niej nie skorzystać ;)













A na koniec rzadka gratka, czyli kilka zdjęć z mamą :)



 


piątek, 15 stycznia 2016

Podsumowań ciąg dalszy - tym razem grudzień hurtem w jednym wpisie :)


Dziś miałam się zając kilkoma najgorszymi książkami, które przeczytałam w ubiegłym roku, ale coś mnie niestety rozprasza dziś, za nic nie potrafię się skupić, wiec będzie lekko i przyjemnie.
W grudniu miałam bardzo mało czasu by siedzieć przy komputerze. Zajmowały mnie nie tylko standardowe, grudniowe zajęcia, ale i jeszcze kilka innych, dość czasochłonnych spraw.
Ale pomimo swej "zajętości" to by dobry miesiąc.
Bardzo rodzinny i radosny.
Jednak najfajniej grudzień spędziła Tosia. Tak to już chyba jest, że to miesiąc taki bardzo dla dzieci. Od Mikołajek począwszy, a na Sylwestrze skończywszy.
Oto kilka migawek pamiątkowych i słów kilka o tym, co Truskaludek w grudniu robiła :)

Piekła z mamą pierniki. Alpejskie :) Pyszne wyszły, a w domu pachniało przecudnie :)





Jak wiadomo 6 grudnia przychodzi do dzieci prawdziwy Święty Mikołaj. Żeby mieć pewność, że biedak nie zabłądzi (bo przecież Tosia od niedawna tu mieszka) Truskaludek oznakowała okno, kolorowymi naklejkami. Znakowanie trwało ok 2 godzin bo się dekoratorka nie mogła zdecydować, w którym miejscu, którą naklejkę umieścić. Dobrze, że mama kupiła takie wielokrotnego użytku ;)




Tata opowiadał gdzie rosną choinki, jak wyglądają i dlaczego są zima zielone :)  Truskaludek sprawdzała czy naprawdę ich listki kłują ;)




Do Mikołaja i do Dzieciątka trzeba było napisać listy. Żeby na pewno wiedzieli co Tosi przynieść. Co jest najbardziej potrzebne. 



  

I jak widać, Mikołaj nie zabłądził. Prezenty przyniósł na czas, naklejki pomogły ;) 







 A potem już była wizyta Babi, Wyjazd do Dziadków, wspaniałe święta Bożego Narodzenia (Dzieciątko również nie zawiodło ;) ) i Sylwester, podczas którego Tosia obejrzała więcej kolorowych fajerwerków niż rodzice, bo jej starzy, zasnęli, gdy Truskaludek, siedziała przytulona do misia, na łóżku między mamą i tatą i oglądała kolorowe wybuchy za oknem.

:)

czwartek, 19 listopada 2015

Bardzo dzielny Truskaludek (i niestety znacznie mniej dzielna Mama )

W życiu każdego z nas jest całe mnóstwo debiutów. Większość z nich wiąże się ze stresem, bywa trudne, niektórych nawet nie zauważamy.  Tym pierwszym towarzyszą  niepokoje i obawa przed nieznanym i bez znaczenia jest to, czy chodzi o pierwszy występ, przemówienie, pierwszy dzień w nowej pracy, pierwszą samotna podróż, czy nawet taki drobiazg jak pierwszy ugotowany samodzielnie obiad.
Niełatwa  więc dla mnie  była dzisiejsza wyprawa do przychodni, gdzie po raz pierwszy Truskaludek miała pobieraną do badań krew. Po raz pierwszy jako już "duża" i świadoma tego co się dzieje dziewczynka.
Przed wyjściem z domu dokładnie wyjaśniłam jej gdzie idziemy i po co, powiedziałam, że pani pielęgniarka ukłuje ją igłą i że przez chwilkę będzie bolało. Ale to nie potrwa długo.
Tosia, jak to Tosia, nie za bardzo zwróciła uwagę na to co do niej mówię, była od rana w wyśmienitym humorze, śpiewała, tańczyła, ogólnie bardzo jej się poranek podobał.
W przeciwieństwie do mnie, bo ja miałam w głowie wizję wrzasków, ucieczek, i protestów.
Nic to, o poranku ubrałyśmy i się i poszłyśmy.
W poczekalni Tosia zadziwiła tamtejsze Stałe Bywalczynie swoim spokojem i niewiarygodną wręcz grzecznością (jej mama była tym równie zdziwiona jak owe panie ;) ), a gdy po kilkunastu minutach nadeszła nasza kolej, chwyciłam córeczkę za rączkę i poszłyśmy.
O matko z córką i prawnuczką!
Chylę niniejszym czoła przed wszystkimi matkami, których dzieci chorują i leżą w szpitalach. Przed tymi Najdzielniejszymi z kobiet, które znoszą codziennie cierpienie swoich córeczek i synków.
Moje serce w tym małym gabinecie pękło na tysiące kawałeczków. 
Pobrać Tosieńce krew do badania nie było łatwo. Pani pielęgniarka nie mogła znaleźć żyły, wbijała się w 2 różnych miejscach, szukała igłą w rączce, wiercąc w niej i sprawiając mojemu dziecku ból.
A Dzielny Truskaludek ani troszkę się nie wyrywała. Płakała bardzo, z bólu, ze strachu z niezrozumienia tego co się dzieje. Tuliła się do mnie, patrzyła na mnie pełnymi łez oczkami, ale ani razu nie wyrwała rączki. Ani razu nie szarpnęła, nie wierzgnęła.
Bardzo, bardzo była dzielna.
Natomiast jej mama....
Cóż... powiem tak:
Tosia dostała na koniec 2 naklejkowe medale za dzielność.
Ja nie dostałam ani jednego
Nie należał się. Ani trochę.
;)
Następnym razem na badania z Truskaludkiem ruszy jej tata, bo to zdecydowanie nie jest na moje nerwy.
Kolejny debiut za nami, nieco przykry, ale przecież życie i z takich się składa.
A Tosia dostała dwa plasterki z wróżkami. Chodzi po domu ostrożnie, ogląda sobie rączkę, chwali się plasterkiem i podziwia jaki piękny jest i kolorowy.
A ja tak sobie myślę, że jej świat jest taki prosty i cudowny. Że po sporej nieprzyjemności i strachu wystarczy kolorowy plasterek i buziak od mamy by wszystko naprawić.
I by wszystko było dobrze.
Mam nadzieję, ze nigdy jej takich plasterków nie zabraknie. I że nie będą często potrzebne :)






wtorek, 17 listopada 2015

Jak mus to mus ;)

11 listopada obudziłam się z bólem pulsującym w głowie.
Oho - migrena nadciąga pomyślałam.
A chwile potem poczułam nieodpartą wręcz chęć upieczenia czegoś dobrego.
Macie tak czasami? Wstajecie i po prostu nie możecie sie powstrzymać, no musicie coś zrobić. Coś Was do tego pcha, namawia, nie potraficie się oprzeć.
Ja tak czasem czuję. Na ogół jest to nieodparta chęć nakrzyczenia na męża ;), ale jednak od czasu do czasu zdarza się tez taka, pchająca mnie ku czemuś znacznie przyjemniejszemu ;)
A skoro 11 listopada to Święto, pomyślałam wiec, czemu nie. Zajmę się czymś, zapomnę o bolącej głowie (zwykle kiedy piekę to przestaje mnie boleć.
Otworzyłam więc swoją domowa cukiernię i upiekłam:
- drożdżowy wieniec z nutellą i orzechami
- cynamonki - kruche ciasteczka z cynamonem i odrobiną imbiru
- bezy ciągutki
Nie omieszkałam się tez pochwalić znajomym na Facebooku, jaka to jestem super dzielna i jak fajnie spędzam świąteczny poranek.
W efekcie mego chwalipięctwa, świąteczne popołudnie spędziliśmy z gośćmi, którzy skuszeni słodkościami postanowili nas odwiedzić.
Tak lubię. Gdyby każde moje chwalipięctwo kończyło się tak fajnymi wizytami, to chwaliłabym się codziennie.
Jak to powiedziała Kinga (nasz gość)
" bo wiesz, to miłość do czekolady tak ludzi zbliża"
Coś w tym jest Kochana, coś w tym jest.

A ponieważ wypieki uzyskały najwyższą możliwą ocenę ("mamusiu to jest mniami" - powiedział Gość Najmłodszy :)) ) to niniejszym dzielę się z Wami pierwszym z przepisów.
Bardzo polecam, bo ciasto to, jest wyjątkowo pyszne.

Wieniec drożdżowy z nutella i orzechami

- ok 0,5 kg mąki
- 5 dag drożdży
- 300 ml mleka
- 1 duże jajko
- 150 gram kostki masła
- szklanka cukru
- szczypta soli
- mały słoik nutelli
- orzechy włoskie (ok 3 duże garście)
- ok 2 łyżek domowego cukru waniliowego (niekoniecznie)
- kilka łyżek mleka do posmarowania ciasta


Mleko lekko podgrzać, dodać do niego 3 łyżki cukru i pokruszone drożdże.
Dodać 2 łyżki mąki, lekko wymieszać, odstawić w ciepłe miejsce na 20 minut by drożdże zaczęły pracować.
Pozostałą mąkę wymieszać z cukrem i solą.
dodać jajko, wymieszać
Masło roztopić w rondelku, odstawić by lekko przestygło.
Do mąki dodać zaczyn, ugniatać powoli, po chwili powoli, partiami dodawac masło, cały czas wyrabiając ciasto.
wyrobione ciasto odstawić na ok godzinę w ciepłe miejsce, do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na stolnicy. Posmarować równo nutellą, na wierzch wysypać pokruszone orzechy włoskie.
Zwinąć w roladę i pokroić na równe kawałki.
W wysmarowanej masłem i podsypanej bułką tartą stolnicy, układać roladki ciasta tak, by lekko na siebie zachodziły.
Posmarować z wierzchu mlekiem, posypać cukrem waniliowym
Piec ok 45 minut w temperaturze 180 stopni.

Smacznego :)








ps. Do posmarowania ciasta drożdżowego nutellą zainspirował mnie ten przepis na drożdżowy warkocz , przepis na ciasto drożdżowe mam od mojej mamy :) Jest to bardzo dobra baza do różnych wariacji na temat placków drożdżowych, bardzo Was zachęcam do eksperymentów :)